Barbara Grabacka-Pietruszka: Na pierwszym planie rodzina

Barbara Grabacka-Pietruszka przez wiele lat była dyrektorem Centrum Sportu i Rekreacji Politechniki Krakowskiej oraz prezesem AZS Politechniki Korony. Ostatnio przeszła na emeryturę, choć jak sama podkreśla, nie do końca…

Gazeta Krakowska: Rozmawiamy w ostatnim dniu, kiedy jest pani dyrektorem Centrum Sportu i Rekreacji Politechniki Krakowskiej. Układa pani sobie już w głowie jak będzie wyglądał pierwszy dzień na emeryturze?

Barbara Grabacka-Pietruszka: To, żeby przejść na emeryturę było w stu, a nawet w dwustu procentach moją decyzją. Za mną 43 lata pracy, w tym bardzo długo na stanowisku dyrektorskim i można powiedzieć, że wystarczy. Choć nie do końca, bo jutro wybieram się do naszego ośrodka żeglarskiego w Żywcu, gdzie zamykamy Akcję Lato. Nie da się pewnych rzeczy uciąć po prostu nożyczkami. Są tematy, które się toczą i pewnie jeszcze przez jakiś czas będą się toczyć. Mojej następczyni na dyrektorskim stanowisku, czyli Małgorzacie Kardas, mojej dotychczasowej zastępczyni muszę przekazać pewne rzeczy. Jestem jej wdzięczna, że zdecydowała się objąć po mnie to stanowisko, bo to jest duży zakres prac, odpowiedzialność, ale trzymam za nią kciuki. Obiecałem jej, że przez kolejny rok pracy, kiedy zostaję jeszcze na uczelni jako zwykły pracownik akademicki, będę ją wspierać. Tak to wygląda na uczelni, że przechodząc na emeryturę, nie można sprawować stanowiska kierowniczego, ale to moje przechodzenie na emeryturę będzie takie stopniowe. Tak jak mówiłam, po 43 latach pracy. Najpierw jako nauczycielka w Szkole Podstawowej 148 w Prokocimiu, na ul. Żabiej, gdzie były klasy sportowe z koszykówką. Najlepsi zawodnicy, zawodniczki przechodzili wtedy do Korony czy MKS-u Podgórze. Wychowałem trochę zawodniczek, nawet reprezentantek Polski. W kadrze grała np. Edyta Łapka. A to moja wychowanka od nauki dwutaktu. Ale obowiązków też mi teraz ubędzie trochę. Będę miała więcej czasu dla wnuków, dzieci, męża. Zrozumiałam już dawno, że w życiu człowiek powinien mieć czas na wszystko. Zawsze na pierwszym planie była rodzina, później praca, teraz też znajdę go również dla siebie.

– Skoro robimy takie podsumowania, to może sięgnijmy do początków. Skąd w ogóle wziął się sport w pani życiu?
– Jestem dziewczyną z Podgórza. Urodziłam się na ul. Kopernika, ale moi rodzice pod koniec lat 50. przeprowadzili się na ul. Ignacego Krasickiego. Tam było moje przedszkole, szkoła podstawowa. Właśnie w tej ostatniej siedziałam w ławce z koleżanką, która uprawiała gimnastykę, ale że trochę za bardzo urosła, musiała zmienić dyscyplinę sportu i postawiła na koszykówkę. Nie chciała iść sama się zapisać, więc namówiła mnie. Poszłam z nią. Ona zrezygnowała po dwóch miesiącach, a ja w Koronie zostałam prawie na dwadzieścia lat.

– Czyli od razu połknęła pani bakcyla koszykówki?
– Zdecydowanie! Nie szukałam alternatyw, choć mam zaledwie 164 cm wzrostu, co jak na koszykarkę nie jest może imponujące. Zawsze miałam za to wielkie serce do walki, mądrość w rozgrywaniu piłki, bo byłam osobą, która prowadziła zespół. Nie grałyśmy w ekstraklasie, ale regularnie występowałyśmy na jej zapleczu i to w czołówce. Walczyłyśmy ze Startem Lublin, ŁKS-em Łódź, Hutnikiem Kraków. Ówczesna II liga to było coś, na co Koronę było wtedy po prostu stać.

– Koszykówka w tamtych latach to było jednak w Krakowie coś innego niż dzisiaj. Drużyny w ekstraklasie, kilka na jej zapleczu. Zainteresowanie kibiców też było większe.

– Oj tak. Pamiętam, że na naszych meczach, na meczach naszych koszykarzy hala była wypełniona po brzegi. Podgórze żyło meczami Korony. Znaliśmy naszych kibiców, widywaliśmy się z nimi często na Kalwaryjskiej, wtedy Pstrowskiego. Oni byli z Podgórza, my też w większości pochodziliśmy z tej dzielnicy. To była jednak wielka sportowa rodzina. W Koronie było wiele sekcji. Prócz koszykówki siatkówka, piłka nożna, piłka ręczna, gimnastyka, pływanie. Można by długo wymieniać. Oferta sportowa w Podgórzu była w tamtych latach bardzo bogata i stać było na uprawianie sportu praktycznie każdego. Sport dawał wielu osobom oderwanie od codzienności. Ja akurat miałam udane dzieciństwo, wspaniałych rodziców, rodzeństwo. Siostra też grała w koszykówkę. Dla dzieci z Podgórza, z całego Krakowa taka dostępność realizowania się w sporcie była zdecydowanie łatwiejsza niż obecnie.

– W czasie swojej kariery zawodniczej powoli dochodziła pani do wniosku, że po jej zakończeniu chce pracować w roli trenerki?
– Byłam bardzo długo aktywną koszykarką. W tym czasie urodziłam dwójkę dzieci. Wcześniej wyszłam za mąż i muszę powiedzieć, że mój mąż miał duży wpływ na moje wybory życiowe. Poznałam swojego przyszłego męża jeszcze w liceum. Wtedy po głowie chodziło mi jeszcze prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Mój Piotr Pietruszka tak mi jednak zawrócił w głowie, że skoro on poszedł na AWF, to ja też tam wylądowałam. Nie żałuję, bo skończyłam kierunek trenerskich na krakowskiej AWF ze specjalizacją trener koszykówki. Później rozpoczęłam pracę w szkole, ale jednocześnie prowadziłam drużyny w klubie. Najpierw w Koronie, później w MKS Podgórze i znowu w Koronie. A w tym wszystkim wciąż byłam zawodniczką, żoną i mamą. Koszykówka była i jest jednak bardzo ważnym elementem mojego życia.

– Już w roli trenerki była duża satysfakcja, gdy widziała pani jak młode dziewczyny pod pani kierunkiem robią postępy?
– To jest ciekawe, bo zawodniczki, które trenowałam od małego, później grały ze mną w Koronie. To były zabawne sytuacje, bo nie wiedziały jak się mają do mnie zwracać czy Basiu czy pani trener. Oczywiście skracałam dystans, ale rozumiały, że dalej kieruję ich postępowaniem na boisku, ale też w życiu. Później z racji wieku wycofałam się z gry. Pracowałam jako nauczyciel w szkole i na chwilę kontakt z moimi wychowankami trochę się rozmył, ale jak weszła era mediów społecznościowych, to wszystko odżyło. Dzisiaj jesteśmy na bardzo dobrej stopie – przyjacielskiej. One są dorosłe, spotykamy się bardzo często na mistrzostwach Polski juniorek najstarszych i znów razem jesteśmy na parkiecie, zdobywamy medale.

– W czasie swojej kariery zawodniczej powoli dochodziła pani do wniosku, że po jej zakończeniu chce pracować w roli trenerki?
– Byłam bardzo długo aktywną koszykarką. W tym czasie urodziłam dwójkę dzieci. Wcześniej wyszłam za mąż i muszę powiedzieć, że mój mąż miał duży wpływ na moje wybory życiowe. Poznałam swojego przyszłego męża jeszcze w liceum. Wtedy po głowie chodziło mi jeszcze prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Mój Piotr Pietruszka tak mi jednak zawrócił w głowie, że skoro on poszedł na AWF, to ja też tam wylądowałam. Nie żałuję, bo skończyłam kierunek trenerskich na krakowskiej AWF ze specjalizacją trener koszykówki. Później rozpoczęłam pracę w szkole, ale jednocześnie prowadziłam drużyny w klubie. Najpierw w Koronie, później w MKS Podgórze i znowu w Koronie. A w tym wszystkim wciąż byłam zawodniczką, żoną i mamą. Koszykówka była i jest jednak bardzo ważnym elementem mojego życia.

– Już w roli trenerki była duża satysfakcja, gdy widziała pani jak młode dziewczyny pod pani kierunkiem robią postępy?
– To jest ciekawe, bo zawodniczki, które trenowałam od małego, później grały ze mną w Koronie. To były zabawne sytuacje, bo nie wiedziały jak się mają do mnie zwracać czy Basiu czy pani trener. Oczywiście skracałam dystans, ale rozumiały, że dalej kieruję ich postępowaniem na boisku, ale też w życiu. Później z racji wieku wycofałam się z gry. Pracowałam jako nauczyciel w szkole i na chwilę kontakt z moimi wychowankami trochę się rozmył, ale jak weszła era mediów społecznościowych, to wszystko odżyło. Dzisiaj jesteśmy na bardzo dobrej stopie – przyjacielskiej. One są dorosłe, spotykamy się bardzo często na mistrzostwach Polski juniorek najstarszych i znów razem jesteśmy na parkiecie, zdobywamy medale.

– I liga to jest poziom, który was satysfakcjonuje? Pytam o to, bo parę razy dobijaliście się do bram ekstraklasy.
– Pewnie nie do końca nas satysfakcjonuje, bo ktoś, kto wyrósł ze sportu, zawsze chce walczyć o jak największe cele. Trzeba jednak też myśleć zdroworozsądkowo. Trzeba mieć po prostu pieniądze, których wciąż nam brakuje. Nadrabiamy braki finansowe atmosferą. Dziewczyny, które się decydują, żeby przyjść do Politechniki Korony zdają sobie sprawę jak to u nas wygląda i nie stawiają jakichś bardzo wygórowanych żądań finansowych, bo wiedzą, że na pewne rzeczy nas nie stać, ale nigdy nie doszło do sytuacji, żeby któraś z zawodniczek mogła powiedzieć, że klub się wobec niej z czegoś nie wywiązał. Jesteśmy pod tym względem po prostu wiarygodni. Władze uczelni bardzo nam pomagają. Oczywiście na tyle, na ile mogą.

– To jakie plany na najbliższy sezon I ligi, który wystartuje już niebawem?
– Chcemy być jak najwyżej. Za nami trochę czas burzy, bo zmieniliśmy trenera. Tę rolę pełni teraz młody, ambitny szkoleniowiec Artur Włodarczyk.

– Jest pani długo związana z krakowską koszykówką. Nie martwi panią fakt, że basket pod Wawelem mimo wszystko podupadł w ostatnich latach. Nie ma ekstraklasy. Czy to nie smutne, że miasto z taką tradycją koszykarską jest dzisiaj trochę na opłotkach najwyższego poziomu?
– Podejście w Krakowie do sportu jest, jakie jest… Wiele razy stukałam do bram miasta o wsparcie, ale zawsze słyszałam, że nie ma na to środków. Kraków najwyraźniej nie potrzebuje, nie chce się promować poprzez sport. To chyba jedyne takie miasto z tych większych z takim podejściem. Poznań, Łódź, nawet Warszawa włączają się we wsparcie swoich drużyn. A my musimy liczyć na siebie. Dlatego sytuacja wszystkich sportów halowych wygląda w Krakowie tak jak wygląda, co jest bardzo smutne.

– Koszykówka, koszykówką, ale jest jeszcze jeden projekt, który udało się wam stworzyć w Centrum Sportu i Rekreacji PK, a który dotyczy aktywizacji studentów, pracowników. Jak to wygląda?
– Przez wiele lat byłam i jestem jeszcze chwilę przewodniczącą Komisji ds. Wychowania Fizycznego Nauczycieli Akademickich. Pierwszą rzeczą, która jest moją zasługą i kolegi Piotra Pastuszko, wcześniej pracownika Uniwersytetu Pedagogicznego, a obecnie Collegium Medicum UJ po rozmowach z byłym ministrem Jarosławem Gowinem jest to, że w nowej ustawie o szkolnictwie wyższym jest zapis o obowiązkowych zajęciach z wychowania fizycznego. Zmierzało to w bardzo złym kierunku. Czyli miało być do wyboru czy ktoś chce chodzić na takie zajęcia czy nie. Nam się udało wytłumaczyć, jakie to ważne, dopięliśmy swego i zapis jest. Dzięki temu wiem, że studenci muszą mieć zorganizowany czas przez 60 godzin zajęć z wychowania fizycznego. Równocześnie zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że wychowanie fizyczne nie może już wyglądać tak jak do tej pory. Oczekiwania młodych ludzi są zdecydowanie odmienne od tego jak to wyglądało kilka lat temu. Wtedy przychodzili na obiekt, pograli w koszykówkę, siatkówkę może były jakieś sporty siłowe. Teraz oferta musi być inna. Tym bardziej, że stan sprawności fizycznej studentów, którzy zaczynają studia, jest generalnie bardzo zły. Razem z doktorem Andrzejem Bahrem, który pracował m.in. w Wiśle Kraków jako trener przygotowanie fizycznego, chcieliśmy zrobić coś dla ludzi, którzy jeśli chodzi o sprawy związane z kulturą fizyczną, są mocno wycofani. Doktor Bahr powtarza, że nic nie jest nam dane na zawsze, trzeba dbać o swoje zdrowie. To tym młodym ludziom tłumaczymy. Wprowadziliśmy program indywidualnej aktywności fizycznej. To jest skierowane nie do tych, którzy wiedzą, co z sobą pod względem tej aktywności zrobić, a bardziej do tych, którzy mają z tym problem. Wyławiamy tych młodych ludzi i tworzymy dla nich indywidualne plany, które mogą realizować w dowolny sposób, wybrany przez takiego młodego człowieka. Wszyscy są zadowoleni, bo my ułatwiamy sprawę, a studenci widzą jak to pozytywnie wpływa na ich formę fizyczną. Oczywiście monitorujemy postępy, student może sobie porównywać wyniki co trzy miesiące. Mamy do tego sprzęt, to wszystko jest bardzo profesjonalne. Zorganizowaliśmy też dwie konferencje naukowe, dotyczące oceny poziomu sprawności fizycznej studentów na Politechnice Krakowskiej.

– Pracowników Politechniki ten program też obejmuje?
– Program jest skierowany przede wszystkim do studentów, obejmujemy nim w skali roku 100-150 osób. Pracownicy też mogą jednak z niego korzystać. Smutne jest to, że poziom sprawności fizycznej naszego społeczeństwa jest tragiczny. Powinniśmy coś z tym zrobić. A niestety nawet na naszej uczelni słyszałam głosy od naukowców, że jeśli ktoś chce rozwijać swoje pasje sportowe, to powinien iść na AWF. Ja natomiast pytam, co stoi na przeszkodzie, żeby kandydat na magistra inżyniera dbał o swoją kondycją fizyczną i po prostu zdrowie?